Chciałam się podzielić refleksją.
Mianowicie, jak dowiedziałam się że jestem w ciąży (a wskazywało na to oprócz dwóch kresek na teście ciążowym, również to, że szłam spać o 18 i spałam już do rana) pomyślałam, że dziecko to pikuś, jakoś się dostosuje do naszego trybu życia. W końcu to on jest mały a my duzi. Będziemy chcieli jechać do Chin - proszę bardzo, pakujemy dzieciaka i juu, idziemy na imprezę do zadymionego pubu - spox, dziecko się komuś podrzuci, jakieś wystawy, kawiarnie, spontaniczne wyjazdy i wyjścia - damy radę, dziecko będzie musiało się do nas dostosować. Przecież nie zrezygnuję z mojego życia!
Otóż drodzy czytelnicy, pragnący żeby było tak jak dawniej, nic z tego!
Małe dziecko oznacza totalną zmianę trybu życia. To my musimy się dostosować do tego, że dziecko budzi nas w nocy, bo głodne, że 6 rano to dla niego doskonała pora na zabawę, że o 19 nie pójdziemy sobie do kina, bo kąpiemy itp itd.
Czy mi żal tej zmiany? Nie! Bo na wszystko nadchodzi pora i ja też jeszcze będę chodzić na wystawy i do kina, tylko mi Tymek podrośnie troszkę. Niemowlęctwo nie trwa wiecznie. Ani się nie obejrzę, a Tymcio już mi wyrośnie na dużego chłopa.
A teraz mogę sobie popatrzeć jak śpi na glonojada. To dopiero jest widok:
