Wycieczka do Łowicza
W piątek Tymcio i Franek pojechali do Łowicza. Do muzeum i skansenu i restauracji. Zawsze uważałam, że to ja jestem najlepsza w szybkim zwiedzaniu muzeów. Ale nie. Tymcio i Franek mnie przebili. Jak tylko weszliśmy do muzeum, zaczął się wyścig. ‘Diba, tam! Tidi! Chodź, chodź!’ i obydwaj panowie zaczęli zwiedzanie biegiem. Bardzo im się muzeum podobało, dużo miejsca do biegania i schody.
W skansenie nie dali się przekonać, że studnia to studnia a nie buda dla hauhau. Skansen fajny ale dwadzieścia cm od płotu skansenu jest blok w balkonami. Wygląda to dość dziwnie.
Potem weszliśmy do lokalu, gdzie pani przyniosła zupkę jarzynową ku ogromnemu zadowoleniu chłopaków. Pojedli. Do momentu gdy pani przyniosła naleśniki z bitą śmietaną. To oznaczało definitywny koniec jedzenia zupy (przynajmniej dla Franuli). Franek zaczął jeść naleśniki. Widelcem, łyżeczką. Od czasu do czasu przegryzając ziemniakiem z zupy. Tymcio za nabiałem nie przepada więc zjadł dekorację owocową.
W drodze powrotnej panowie dostali totalnej głupawki. Ze szczęścia i zadowolenia z tak udanej wyprawy krajoznawczej.