Testy alergiczne

Luty18

Byliśmy na testach alergicznych. Poprzedzający wieczór cały poświęciłam na przygotowanie Franczeska. Cały wieczór robiliśmy ‘na sucho’ testy. Najpierw pieskowi, potem owcy, liskowi i wszystkim innym maskotkom, potem mamie i Frankowi. I tysiąc razy powtórzyłam, że to takie kropelki i że trzeba potem je obserwować i że rano pojedziemy po takie kropelki. Franek się ochoczo zgodził.

Rano oczywiście już zmienił zdanie, bo to będzie bolało, a czy do tej samej pani co wtedy, a czy ona ma igłę itd. Wychodziliśmy z domu jakieś pół godziny. Niestety, musiałam go przekupić obietnicą zakupów w sklepie ogrodniczym (ulubiony sklep Franka). Pojechaliśmy do doktor ‘Monosylaba’ (prawie wogóle się nie odzywa, tylko wypisuje na karteczce co podawać i wręcza karteczkę bez słowa). Doktor podała karteczkę i powiedziała: ‘gabinet obok’, gdzie pielęgniarka zrobiła testy. Dzielny był chłopak jak nie wiem co. Aż trzeba było lekko nakłuć naskórek, żeby te próbki wlazły pod skórę. Łzy po policzkach płynęły ale obyło się bez rozdarcia.

Okazało się, że uczulony na trawy, leszczynę, chomika, żyto. To dlatego nie chciał chleba jeść, a ja myślałam, że to jakieś fanaberie…

‘Monosylaba’ popatrzyła na wyniki, bez słowa komentarza wypisała recepty. Podała mówiąc, że w aptece obok mają promocję i że widzimy się za miesiąc.  Żadnych social skills. Zerowe. Jakieś szkolenie by się przydało.

posted under choroby

Email will not be published

Website example

Your Comment: