Październik15
Justa juz w domu. Porod przezyla. Ja juz nie mam traumy poporodowej, wiec czas na moje wspominki z porodu. (troche mi to czasu zajelo, zeby troche z tej traumy wyjsc)
Rzeczywiscie to troche bylo jak film.
Najpierw przez tydzien czekalam az cos sie zacznie. W sali z dwiema dziewczynami, ktore tez czekaly (jedna juz dwa tygodnie po terminie). Czekalam i czekalam i nic. W koncu w niedziele wypilam napar z lisci malin przywiezionych z Grotnik i w nocy sie zaczelo. Zaczelo sie niepostrzezenie i nie chcialo mi sie wstawac, pomyslalam, ze cos mnie tam lekko lupie od czasu do czasu, wiec nie bede wstawac bo spac mi sie chce bardzo.
Rano zrobili mi badanie i wyslali na dol na porodowke. Ja wcale nie wiedzialam, ze to sie zaczelo, bo nikt mi nie powiedzial, skad moglam wiedziec. Od 11 bylam juz na dole i dlugo czekalysmy jeszcze z taka druga dziewczyna az ktos sie nami zajmie. Potem podlaczyli mnie do ktg i widac bylo, ze sa skurcze. No to polezalam tak ze dwie godziny, az cala zdretwialam. Zapytalam czy mam juz dzwonic po Bartlomieja, bo nie wiem czy sie zaczelo czy nie. Polozna mi na to, ze to potrwa jeszcze ale dzwonic moge.
Potem lewatywka i na lozko porodowe i ktg znowu i kroplowka (ta pieprzona kroplowka za wczesnie). Przebijaja mi pecherz plodowy wielkim szpikulcem, nie boli. Od 14 juz na lozku i czekamy. Skurcze coraz silniejsze, dre sie jak nienormalna. Krzycze ile moge. Krzycze i placze. Boli jakby mi ktos kregoslup wyrywal z plecow. I tylko slysze Bartlomieja jak mowi ‘Agnieszka, oddychamy razem’ a ja sie dre, ze oddychac nie bede. Polozna i jacys lekarze przychodza i wychodza i chodza. Okazuje si, ze mialam zle wyniki krwi i znieczulenia mi nie podadza. I jeszcze polozna mowi, ze to potrwa jeszcze ze dwie godziny. Na to ja dostaje totalnej histerii i jestem w takim amoku, ze nie ma ze mna kontaktu. W koncu zaczynam przec, to silniejsze ode mnie. Ale za wczesnie, zeby przec, wiec dziecku tetno spada. Polozna mi mowi ‘Pani Agnieszko, robi pani krzywde dziecku.’ To ja tym bardziej sie dre. Tak sie dre, ze potem trzy dni gardlo mnie boli.
W koncu decyduja, ze trzeba cesarke. Nie ma rozwarcia a skurcze sa juz takie, ze mozna zejsc, ja nie przepchne dziecka. Nie pamietam ile bylo tam lekarzy i pielegniarek. Pamietam, ze wioza mnie na sale operacyjna a ja caly czas krzycze ile sil w plucach bo skucze przeokropne. Wsadzaja mnie na lozko operacyjne (bardzo waskie, ledwo sie zmiescilam), tam jeszcze jeden skurcz, prawie spadam z lozka, pielegniarka mnie lapie. I zastrzyk w kregoslup i nie czuje juz nic. Leze i jest zielono wokolo i zaslonka zielona mi przeslania brzuch. Potem widze nogi i pupe Franka jak go wyciagaja. Potem robi mi sie dziwnie i czuje, ze odpywam. Mowie, ze zle sie czuje, wiec anestezjolog, ktory do tej pory czytal gazete, wstaje i daje mi cos w zyle. I robi sie znowu zielono. Widze lake taka jak w Teletubbies i kroliczki. Slysze jak Franek placze przez chwilke. Pokazuja mi jak wyglada, daje mu calusa w glowe i zabieraja go. Mnie daja na sale pooperacyjna gdzie strasznie mi zimno. Telepie mnie dosc dlugo. Potem juz nic nie pamietam. Tylko to, ze mi sie wydawalo, ze mam nogi bardzo wysoko, a lezalam plasko.
Obudzilam sie rano i doznalam szoku, ze mam brzuch pusty. Polozna wygania mnie pod prysznic a mnie 15 minut zajmuje wstawanie z lozka. Pod prysznicem robi mi sie slabo i polozna mnie zawozi do sali. Przywoza mi Franciszka w lozeczku. I od tego momentu jestesmy juz razem.
Poloznych prawie nie uswiadczysz. Trzeba samemu sobie radzic a czlowiek ledwo chodzi, ledwo siedzi, ledwo zyje.
Totalna trauma. To dlatego nie moglam tego wczesniej opisac.