Archive for the ‘rozmaitosci’


AAA Jamie Lidell przyjeżdża, a ja nie mogę jechać

Się okazało się, jakby Kononowicz powiedział, że 28 czerwca zagra w Polsce kto? no kto? sam Jamie Lidell! Szlag by to trafił, bo koncert będzie w Cieszynie, a my matki z dziećmi właśnie w ten weekend będziemy wracać z wczasów nadmorskich. Szlag, szlag, szlag!

Gdyby to było w weekend po, dwa weekendy po, ba! trzy, ale nie! 28 czerwca. AAA. Nie przeżyję, jeszcze będę tak marudzić przez parę dni.

Jamie och ten Jamie, głos jak dzwon, Stevie zreinkarnowany chociaż jeszcze pierwowzór żyje, do tego na koncertach improwizuje ile wlezie. Próbki można sobie wyyoutubować. Facet po prostu leeeci. Po całości.

No i nie pojadę no! Szlag!

Gaga - o pięknym dzieciństwie

Wpadło mi w ręce pisemko Gaga. O dzieciństwie, rodzicielstwie, ale inaczej, nie poradnikowo-claudiowo-plastikowo, tylko lifestylowo i miejsko. Nowocześnie

Kto może prowadzić takie pismo? Jest tu aktivnie i exlusivnie ;)

Fajny artykuł o Czarodziejskiej Kurze - oldschoolowym czasopismie dla dzieci, o przyjaznym małym bąblom Berlinie, o winylowych nalepkach na ściany. Sesja przyrodnicza Mirellowej Matyldy, nowy projekt Zorki Projekt.

Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie ogólny morał z czasopisma: jeno w stolycy można być fajnym nowoczesnym rodzicem, który ma gdzie pójść z dzieckiem (tu wymienia się wszystkie kid-friendly lokalokawiarnie). Klimat miejski ma służyć bobasom. Taaa. W Łodzi mogę iść z Tymulkiem do lunaparku względnie  do “zoola”, względnie manufaktury, jak już bardzo wyluzowana i lifestylowa zechcę być.

I dlatego wyprowadzam się na wieś.

Tymcio będzie hasał po polu, ganiał kurki złotonóżki po podwórku wdeptywał w ich gówienko-kleksiki, bujał się w hamaku Będzie z niego wsiowy chłopac (to 3 os. l.pojed. od “chłopacy”)

A jak wejdzie w okres krostek i wyprysków na twarzy, to znienawidzi nas za to, że zrobiliśmy z niego wsiowego koleżkę.

Takie życie

Złoooty pierścioneeek, tralilalila

Ehem ehem ehem - dzisiaj mija pierwsza rocznica ślubu mojego i Śmiesznego Pana-Taty.

slub.jpg

To wiekopomne wydarzenie miało miejsce na Roztoczu o godz. 19:20 powiedzieliśmy “tak” . Śmieszny Pan śmiał się jak głupi do sera przez całą ceremonię- taki nerwowy uśmiech miał przyklejony do twarzy. Ja szeptałam konspiracyjnie do księdza, że “ja nie mogę do komunii”, a on jak rasowy brzuchomówca odpowiedział “wiem”.

Krótko mówiąc: namawianie nas na ślub było ciężkie. Przyjechali rodzice z Zamościa na pertraktacje i spotkanie na szczycie no i nie dało się inaczej. Takie życie. Człowiek chce być dorosły, ale mu nie dają. My tak ze Śmiesznym Panem już mamy.

Ale z perspektywy czasu wesele było extra. Impreza jedyna w swoim rodzaju. Klimacik stworzył na przyjęciu niejaki Lolek (nie mylić z wujkiem Lolkiem), którego band rozgrzewał gości i nie pozwalał siedzieć przy stolikach. Za kogo się oni nie przebierali, panie kochany, sarmaci, armia radziecka, krakowiacy i górale, dancingowcy, zabrakło chyba tylko wcielenia klubowego.

Dla mnie wesele to był taki “pstryk”, nawet nie wiem kiedy przeleciało. Nie zdążyłam ze wszystkimi pogadać, ale chyba się ogólnie goście wybawili.

No i Tymek się w brzuchu wykołysał.

A złooooty pieeerścionek otrzymałam dzisiaj. Na zaręczyny!

Przygoda z osą w roli głównej

W końcu znalazlam chwilę żeby napisać słów parę.Ostatni tydzień upłynął pod znakiem chorobowym. Choroba zaczęła się od Sławka B. vel Kaktus, który przyniósł wirusa nieznanego pochodzenia do domu i leczył się śledziami z czosnkiem. Terapia nie odniosła oczekiwanego sukcesu i cherla do dzisiaj.
W weekend przeszło na mnie i Śmiesznego Tatę, a ściślej mówiąc na nasze szanowne nosy. Później na gardła, później na nos Tymka, a potem już było coraz gorzej. Szkoda gadać, wszyscy jesteśmy obecnie na antybiotykach, a noce z chorym niemowlakiem nie należą do najłatwiejszych. Tymkowski męczy się okrutnie, kaszle i w nosie mu bulgocze.

No ale miało być o osie.

A więc, wieczorem wchodzimy do łazienki celem wykąpania potomka, a tu nagle czuję coś pod stopą, najpierw myślę, nadepnęłam na jakiś paproszek, a potem jak mnie nie zaboli. Ukłuła mnie cholera. Krzyczę, wierzgam nogą, spawdzam, a tam wieeeelki oso-szerszeń. Lecę na dół, żeby mnie ratowali.Wpadam do pokoju ” Użądliła mnie wieeelka osa!!!!” Płaczę, bo boli jak cholera ciężka. A tam Sławek i Marek (tata i teść) siedzą na kanapie, piwko i nic.. Zero reakcji. Płaczę głośniej ” Użądliła mnie wieeeelka osa!!!!!!!!!”
Nooo, w końcu, wstają (niechętnie) i każą zdejmować skarpetę. Później dostaję cebulę na okład i tyle.
A po pół godzinie jak sobie przypomnę moją panikę, to śmiać mi się chce, chyba gorszego szału dostałam kiedyś na drugi dzień po fryzjerze, jak umyłam misternie ułożoną fryzurę i zobaczyłam się w lustrze. Tupałam i krzyczałam do Śmiesznego Taty, który nie był wtedy jeszcze tatą ” Oddawaj mi moje włosy!!!” Hyhy. Wstyd

Tymcio i szczebelki

Tymcio wrócił z wojaży. Cały i zdrowy.

Podobało mu się bardzo  - ogieniek, Eluśka pyk pyk pyk z Markiem Jożin(k) z Bażin, dziadek Jan uciszający wszystkich domowników gromkim głosem: “Nie krzyczcie tak, panie, bo tam dziecko śpi!!!”, babcia Irenka w popisowym utworze: “Irena”, ciocia Hania bawiąca się z Tymkiem folią aluminiową i wujek Kuba - potencjalny krzesny. (Krzciny trza robić panie)

Tymcio wrócił do rzeczywistości łódzkiej.

Pierwszej nocy w domu słyszę w pewnej chwili odgłos mlaskania. Budzę się, patrzę, a tu Tymek podwinął w łóżeczku ochraniacz i ssie drewniany szczebelek.

Biedne dziecko. Zagłodzone. Zlitowałam się i nakarmiłam.

P.S. Zdjęcia wielkanocne będą jak wywołamy czyli wkrótce

ACHTUNG! POZOR! BACZNOŚĆ!

Dzień dobry. Onegdaj pisałem częściej, ale siostry Burzyńskie powiedziały, że moje posty są za bardzo przebojowe i kazały mi usunąć się w cień. Więc nadal nie będę zaostrzał sytuacji i zaprezentuję tylko zdjęcie, gdzie w roli głównej występuje Śmieszny Tato. Oto:

24a_0179.jpg

Yummy mummy

Ostatnio przeczytałam artykuł o nowym fenomenie: yummy mummy - link do artykułu TUTAJ. I jeszcze się nie zdecydowałam co mam o tym myśleć. Nie sądzę, żeby to było możliwe przez jakieś 3 miesiące po urodzeniu bobasa.

Jak twierdzi autor: “Nagle okazało się, że nie wystarczy mieć czystych włosów i nieoplutego zupką ubrania.”  No cóż, muszę  się przyznać,  że w środę na zajęciach siedzę sobie spokojnie bo studenci piszą, patrzę na swój rękaw a tam ślady po mleku. Dobrze, że bluza w różne mazajki to widać nie było…

Nie ma takiego miasta jak Londyn

Dzisiaj byłam na poczcie świadkiem takiej oto konwersacji:

Petentka (kobita): “Proszę pani, ja chciałam zapytać, czy jak tu napisałam Londyn, to czy to dojdzie?”

Pani pocztowa: “Dojdzie, ale może pani dopisać tam..”

Petentka: “Ale to jak dopisać? England?”

Pani Pocztowa: “Albo po prostu UK. United Kingkong” (powiedziała oczywiście “uk” i “united” tak jak się pisze)

Musiałam udać, że rechoczę się do Tymka w wózku, a chłopak właśnie spał. Dostałam ataku śmiechu.

Angliści firm odzieżowych łączcie się!

Ubranka dla dzieci polskich firm odzieżowych wyróżniają się super napisami w języku angielskim. Napisy albo są bez żadnego sensu, albo jak już jakiś sens mają, to mają też błędy w pisowni.

I tak na ten przykład na śpioszkach Franuli widnieje napis: “Start my dog” co w wolnym tłumaczeniu oznacza: “uruchom mojego psa”

I na ten drugi przykład na body: “Face my runny dog” czyli: “staw czoła mojemu zasmarkanemu psu”. Chyba ktoś chciał napisać “buzia mojego psa biegającego” tylko trochę nie wyszło.

A, jeszcze chciałam napisać,  że jak komuś brakuje PRL-u, to niech zajrzy do sklepu z prezentami na Retkini przy Maratońskiej. Sklep się nazywa Świat Prezentów. Takie super panie pudernice z cierpiętniczym wyrazem twarzy, patrzące z politowaniem jak się ktoś siłuje z wózkiem, żeby wejść do sklepu. Dzisiaj taka pani właśnie mi powiedziała z wyrzutem: ‘NIECH pani tam nie wjeżdża, bo pani towar pozrzuca.’ Więc mną zatrzęsło i jej odpowiedziałam: ‘chyba PROSZĘ tam nie wjeżdżać!’ A potem jeszcze bardzo wydziwiały, że jakaś kobitka bierze fakture na 15zł. Jutro też tam pojadę, żeby je wkurzyć. Wezmę sobie jakąś fakturę na 2 zł. hehe

Natarcie niemowlaków vol.1

W dniu dzisiejszym odbyło się premierowe spotkanie w składzie: Hania, Tymon, Jaś i Szymon oraz ich szanowni rodzice.

Atmosfera spotkania była gorąca. Nie nadążaliśmy za tym, gdzie jakie dziecko przebywa i co robi. Jedno karmione, drugie drzemie, trzecie marudzi a czwarte się bawi i tak na zmianę.

Damian Eli stwierdził, że byłby najlepszą matką na świecie hehe, jedynie cycka mu brakuje. Na co Wiola zachęciła go, żeby mimo wszystko próbował, może jakiś “cud laktacyjny” się wydarzy.

Hania jest małym Szogunem, jak to Monika ujęła. Najżywszy z najżywszych znanych mi bobasów :)

Ela- kładź Jasia na brzuchu hyhy. Nie zapomnij!!!

Szymek - najmłodszy w gronie był niezłym grzeczniachą. W końcu był w gościach. Co prawda na koniec wizyty coś mu się zapachowego “wymskło”, no ale każdemu się zdarzy.

Trochę fotosów ze spotkania:

Trzej muszkieterowie (od lewej): Jaśko, Szymko i Tymko

pict0500.JPG

Dumni tatowie:

obraz-034.jpg

Taka piękna para: Hania i Tymek

pict0514.JPG

Panie matki:

pict0528.JPG

Więcej fotek tutaj